środa, 26 grudnia 2007

bezsennosc zimowa

nie moge spać... niebo ma pomaranczowy odblask, choc nie uswiadczysz sniegu.
napinam sie emocjonalnie, jak zwykle o tej porze roku, przesilenie zimowe i okolice to u mnie czas magiczny, niekoniecznie w wymiarze pozytywnym.
słucham siebie i zaczynam słyszec bardzo rozne rzeczy.

niedziela, 9 grudnia 2007

bez sensu

zawodze siebie w oczach innych....
naprawde ciekawych rzeczy mozna sie dowiedziec o sobie
bo kazde zachowanie zostanie zinterpretowane wedlug wlasnego chciejstwa i nie uniknie sie nalozenia na druga osobe swojego wzornika osobistego zrodzonego z kompleksow,zachamowan i wszelakich innych zdradliwych pomyslow.

nie mam ochoty zyc wedlug pieknego kodeksu prawidel moralnych z cyklu "pozwol innym decydowac o sobie" ...mam na to swoja krotka odpowiedz...a po co , skoro sami zrobia to co beda chcieli, nie osmielalam sie nigdy twierdzic ze mam nad kims wladze, jakakolwiek...bo takowej nie posiadam, a mowic moge co chce...i będe oj będe.
a wy i tak zrobicie po swojemu....

niedziela, 25 listopada 2007

How to break your own heart part.1

godzina 3 minuty 6 sekund....tyle trwa przekreślanie roku i dwóch miesięcy wspolnego życia.
ile potrwa zabliźnianie...?

środa, 21 listopada 2007

a tak w ogóle to niesamowite że tak łatwo idzie mi mówienie rzeczy, o których wstydze się myśleć sama ze sobą...
jeżeli kiedykolwiek , chociaz raz się kogoś kochało, to nabyło się wiedze że kończenie z uczuciami nie jest łatwe.
to jak z tatuażami,
oczywiście można je usunąc ale.... to dużo kosztuje i zawsze pozostaje jakiś ślad choćby najmniejszy.

moje wiezi emocjonalne, likwidowane były na sposób szlifierki która co prawda też usuwa ślady ale pozostawia własne, bardzo nieprzyjemnie paprzące się rany.


przygotowuje się cierpliwie na coś podobnego do amputacji... wmawiam sobie że tym razem będzie ok, ale na samą myśl oczy mi wilgotnieją,
próbowalam porozmawiac z mamą o mojej decyzji ale głos ugrzązł mi w gardle, nie bylam w stanie powiedziec tego o czym mysle juz jakis czas,
ze i tym razem sie pomyliłam, ze nie obedzie się bez płaczu i ogryzania paznokci, bez calonocnych rozmów przez telefon, o tym jak po raz kolejny ważne uczucie stało się czymś na kształt zepsutej zabawki, nie dającej radości a jedynie potrafiącej kaleczyć...
nie potrafie powiedziec o tym że nie umiem porzucic tego od tak sobie, bo wciąz licze po cichu na jakąs magiczna odmiane, że może jednak będziemy kiedyś ze sobą, na wspolnie wypracowanych zasadach, że.....nie byliśmy ze sobą tylko z przypadku, że czemuś miało to służyć

piątek, 16 listopada 2007

nuit blanche...

najwieksze tragedie przydarzaja nam się nie jako nagłe zwroty akcji, tylko narastaja latami niczym kurz pokrywajacy stare ksiazki...
nic we mnie nie pękło, ostatnie swe dramaty przezywałam juz jakiś czas temu, wiec można stwierdzic że uległy przedawnieniu,
czuje sie dobrze, staram się gromadzic w sobie dużo odwagi, odwagi niezbędnej do kierowania własnym życiem...

przestać gadać zacząć robić....

środa, 14 listopada 2007

To była mocna sobota i bardzo ciężki niedzielny poranek...
zachowałam się jak nastolatka, zupełnie bez polotu. Niczym licealistka napaliłam się na "klasowego przystojniaka" i emablowałam go wraz z dwiema innymi dziewczynkami, ktore w rzeczywistosci były uczennicami liceum.
takie miłe, fajnie koleżanki, bystre i dowcipne, ale jednak coś nie tak , albo sie starzeje albo różnica pokoleń też mnie dotyka.
Kiedy miałam 17 lat miałam inne ciekawsze rozrywki i problemy niż balet do rana w modnym klubie, przepuszczenie kieszonkowego na sushi..itp
I wszystko fajnie , tylko odczuwam coś na podobieństwo przykrości kiedy patrze na młodych fajnych ludzi, którzy przyjmuja bez zastanowienia styl zycia 30latkow z wielkich miast.... nic nie jest w stanie juz ich zaskoczyć, a szkoda bo z perspektywy upływajcego czasu, widze że kiedy ma sie lat naście posiadanie złudzen jakichkolwiek, jest potrzebne....