godzina 3 minuty 6 sekund....tyle trwa przekreślanie roku i dwóch miesięcy wspolnego życia.
ile potrwa zabliźnianie...?
niedziela, 25 listopada 2007
środa, 21 listopada 2007
jeżeli kiedykolwiek , chociaz raz się kogoś kochało, to nabyło się wiedze że kończenie z uczuciami nie jest łatwe.
to jak z tatuażami,
oczywiście można je usunąc ale.... to dużo kosztuje i zawsze pozostaje jakiś ślad choćby najmniejszy.
moje wiezi emocjonalne, likwidowane były na sposób szlifierki która co prawda też usuwa ślady ale pozostawia własne, bardzo nieprzyjemnie paprzące się rany.
przygotowuje się cierpliwie na coś podobnego do amputacji... wmawiam sobie że tym razem będzie ok, ale na samą myśl oczy mi wilgotnieją,
próbowalam porozmawiac z mamą o mojej decyzji ale głos ugrzązł mi w gardle, nie bylam w stanie powiedziec tego o czym mysle juz jakis czas,
ze i tym razem sie pomyliłam, ze nie obedzie się bez płaczu i ogryzania paznokci, bez calonocnych rozmów przez telefon, o tym jak po raz kolejny ważne uczucie stało się czymś na kształt zepsutej zabawki, nie dającej radości a jedynie potrafiącej kaleczyć...
nie potrafie powiedziec o tym że nie umiem porzucic tego od tak sobie, bo wciąz licze po cichu na jakąs magiczna odmiane, że może jednak będziemy kiedyś ze sobą, na wspolnie wypracowanych zasadach, że.....nie byliśmy ze sobą tylko z przypadku, że czemuś miało to służyć
to jak z tatuażami,
oczywiście można je usunąc ale.... to dużo kosztuje i zawsze pozostaje jakiś ślad choćby najmniejszy.
moje wiezi emocjonalne, likwidowane były na sposób szlifierki która co prawda też usuwa ślady ale pozostawia własne, bardzo nieprzyjemnie paprzące się rany.
przygotowuje się cierpliwie na coś podobnego do amputacji... wmawiam sobie że tym razem będzie ok, ale na samą myśl oczy mi wilgotnieją,
próbowalam porozmawiac z mamą o mojej decyzji ale głos ugrzązł mi w gardle, nie bylam w stanie powiedziec tego o czym mysle juz jakis czas,
ze i tym razem sie pomyliłam, ze nie obedzie się bez płaczu i ogryzania paznokci, bez calonocnych rozmów przez telefon, o tym jak po raz kolejny ważne uczucie stało się czymś na kształt zepsutej zabawki, nie dającej radości a jedynie potrafiącej kaleczyć...
nie potrafie powiedziec o tym że nie umiem porzucic tego od tak sobie, bo wciąz licze po cichu na jakąs magiczna odmiane, że może jednak będziemy kiedyś ze sobą, na wspolnie wypracowanych zasadach, że.....nie byliśmy ze sobą tylko z przypadku, że czemuś miało to służyć
piątek, 16 listopada 2007
nuit blanche...
najwieksze tragedie przydarzaja nam się nie jako nagłe zwroty akcji, tylko narastaja latami niczym kurz pokrywajacy stare ksiazki...
nic we mnie nie pękło, ostatnie swe dramaty przezywałam juz jakiś czas temu, wiec można stwierdzic że uległy przedawnieniu,
czuje sie dobrze, staram się gromadzic w sobie dużo odwagi, odwagi niezbędnej do kierowania własnym życiem...
przestać gadać zacząć robić....
nic we mnie nie pękło, ostatnie swe dramaty przezywałam juz jakiś czas temu, wiec można stwierdzic że uległy przedawnieniu,
czuje sie dobrze, staram się gromadzic w sobie dużo odwagi, odwagi niezbędnej do kierowania własnym życiem...
przestać gadać zacząć robić....
środa, 14 listopada 2007
To była mocna sobota i bardzo ciężki niedzielny poranek...
zachowałam się jak nastolatka, zupełnie bez polotu. Niczym licealistka napaliłam się na "klasowego przystojniaka" i emablowałam go wraz z dwiema innymi dziewczynkami, ktore w rzeczywistosci były uczennicami liceum.
takie miłe, fajnie koleżanki, bystre i dowcipne, ale jednak coś nie tak , albo sie starzeje albo różnica pokoleń też mnie dotyka.
Kiedy miałam 17 lat miałam inne ciekawsze rozrywki i problemy niż balet do rana w modnym klubie, przepuszczenie kieszonkowego na sushi..itp
I wszystko fajnie , tylko odczuwam coś na podobieństwo przykrości kiedy patrze na młodych fajnych ludzi, którzy przyjmuja bez zastanowienia styl zycia 30latkow z wielkich miast.... nic nie jest w stanie juz ich zaskoczyć, a szkoda bo z perspektywy upływajcego czasu, widze że kiedy ma sie lat naście posiadanie złudzen jakichkolwiek, jest potrzebne....
zachowałam się jak nastolatka, zupełnie bez polotu. Niczym licealistka napaliłam się na "klasowego przystojniaka" i emablowałam go wraz z dwiema innymi dziewczynkami, ktore w rzeczywistosci były uczennicami liceum.
takie miłe, fajnie koleżanki, bystre i dowcipne, ale jednak coś nie tak , albo sie starzeje albo różnica pokoleń też mnie dotyka.
Kiedy miałam 17 lat miałam inne ciekawsze rozrywki i problemy niż balet do rana w modnym klubie, przepuszczenie kieszonkowego na sushi..itp
I wszystko fajnie , tylko odczuwam coś na podobieństwo przykrości kiedy patrze na młodych fajnych ludzi, którzy przyjmuja bez zastanowienia styl zycia 30latkow z wielkich miast.... nic nie jest w stanie juz ich zaskoczyć, a szkoda bo z perspektywy upływajcego czasu, widze że kiedy ma sie lat naście posiadanie złudzen jakichkolwiek, jest potrzebne....
Subskrybuj:
Posty (Atom)