jeżeli kiedykolwiek , chociaz raz się kogoś kochało, to nabyło się wiedze że kończenie z uczuciami nie jest łatwe.
to jak z tatuażami,
oczywiście można je usunąc ale.... to dużo kosztuje i zawsze pozostaje jakiś ślad choćby najmniejszy.
moje wiezi emocjonalne, likwidowane były na sposób szlifierki która co prawda też usuwa ślady ale pozostawia własne, bardzo nieprzyjemnie paprzące się rany.
przygotowuje się cierpliwie na coś podobnego do amputacji... wmawiam sobie że tym razem będzie ok, ale na samą myśl oczy mi wilgotnieją,
próbowalam porozmawiac z mamą o mojej decyzji ale głos ugrzązł mi w gardle, nie bylam w stanie powiedziec tego o czym mysle juz jakis czas,
ze i tym razem sie pomyliłam, ze nie obedzie się bez płaczu i ogryzania paznokci, bez calonocnych rozmów przez telefon, o tym jak po raz kolejny ważne uczucie stało się czymś na kształt zepsutej zabawki, nie dającej radości a jedynie potrafiącej kaleczyć...
nie potrafie powiedziec o tym że nie umiem porzucic tego od tak sobie, bo wciąz licze po cichu na jakąs magiczna odmiane, że może jednak będziemy kiedyś ze sobą, na wspolnie wypracowanych zasadach, że.....nie byliśmy ze sobą tylko z przypadku, że czemuś miało to służyć
środa, 21 listopada 2007
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
tak, bardzo dotarlo, bardzo dosadnie dotarlo...
niestety.wiem jak to jest...:(
lilith
Prześlij komentarz